Archiwum 21 lipca 2015


lip 21 2015 Rozdział 2
Komentarze: 0

Nim wyjdę robię jeszcze kilka pompek, aby pozbyć się z głowy nieprzyjemnych myśli. Pomaga. Wychodzę na korytarz i przed drzwiami, opartego o ścianę widzę Arona. Dobrze zbudowany, czarnoskóry mężczyzna, podobnie jak ja ubrany w szary bezrękawnik, wojskowe spodnie khaki i ciężkie buty. Wymieniamy się spojrzeniami i bez słowa kierujemy się do strefy oznaczonej zieloną linią - tak zwanej strefy dziennej. To tutaj między innymi znajduje się stołówka. Jest już nas sporo i robi się gwarno. Podchodzimy do jeszcze w miarę nieobleganego bufetu i bierzemy co nam dają. Nie jest źle, a jedzenie jest smaczne. Jest go na tyle by przeżyć i nie głodować. Zaraza dotknęła tylko ludzi. Część zwierząt czy roślin wyginęła z powodu kataklizmu, ale większość przetrwałą. Część mieszkańców naszego "państwa" zajmuje się hodowlą, łowami czy uprawą. Bardzo ich szanuję, bo w przeciwieństwie do tych wszystkich psychiatrów, myślicieli, rzekomych artystów... oni robią coś dla ogółu.  

 

       Z Aronem zajmujemy nasz czteroosobowy stolik. Naszych towarzyszy jeszcze nie ma. Zaczynam jeść, jednocześnie obserwując ludzi w stołówce. To nie jedyne takie miejsce. Wszystkich mieszkańców strefy D jest zbyt dużo, by mogli jadać w jednym miejscu. Stąd podziały na numery. Nasze D5 wysunięte jest najbardziej na wschód. Ojciec mówił, ze to stąd tak naprawdę pochodzimy. Dziadek nie chciał byśmy zapomnieli o własnej tożsamości, ale ja starałam się zapomnieć. Bo świat, który był tak dobrze znany przez mojego pradziadka i jego syna już nie istnieje. Wiem, również z powodu swojej pracy, że nie tutaj się to wszystko zaczęło. Na kontynencie europejskim zaczęło się od Wysp Brytyjskich.

 

       Początkowo były to tylko zwykłe wzmianki w wiadomościach. Ludzie uważali to za groźną odmianę grypy. Władze brytyjskie milczały. Gdy jednak śmiertelność okazała się zbyt duża, a kontynent zagroził wyspom izolacją, premier przyznał, że najprawdopodobniej jest to efekt uboczny szczepionki na inna chorobę. Ludzie oszaleli. Tak otwarta na wszystkich Unia Europejska zamknęła granice. Rozpoczęło się poszukiwanie antidotum... bezskutecznie. Choroba postępowała zbyt szybko. Pojawiły się pogłoski, że to apokalipsa. Niektórzy mówili o konieczności zejścia pod ziemię... W mediach pomysł był ten bojkotowany, ale niektórzy zaczęli nad tym pracować. Ludzie zaczęli chorować w każdej części świata. Potem nadszedł kolejny kataklizm, zgotowany nam przez naszą planetę.

 

       W państwie leżącym po drugiej stronie oceanu, przebudził się ponoć największy i najgroźniejszy wulkan. I wtedy nie było już ratunku. Kto mógł schodził pod ziemię, zaś każdy podejrzany o przenoszenie wirusa był... likwidowany. Sam kataklizm nie okazał się tak tragiczny w skutkach jak przewidywano. Może to nie był pełen pokaz jakim mogła uraczyć ludzkość natura. Nie wiem czy tam ktoś przetrwał, bo nagle wszystko ucichło. Dziadek mówił, że pod ziemią jeszcze długo słychać było krzyki ludzi, którzy bezskutecznie próbują się dostać pod ziemię. Po kilku tygodniach wszystko ucichło... Ponad miliard ludzi pod ziemią Europy rozpoczęło nowe życie... jeśli tak można to nazwać. 

 

- Zostałam wezwana do sali odpraw - odzywa się Anna, która wyrywa mnie z zamyśleń. Wraz z Simonem zajmują miejsca na przeciwko nas.

 

Cała nasza czwórka została wytypowana do stałej współpracy, gdy zaciągnęliśmy się do wojska. Każdy pracuje w czteroosobowym składzie. Podobne grupy są efektywniejsze od jednostki. Podobno ludzie potrzebują się nawzajem...  

 

Ana to blada blondynka. Obydwie pochodzimy ze wschodniej części Unii. Ciemnowłosy Simon był naszym południowym sąsiadem. Tylko Aron był z zachodu. 

 

- Skąd ta pewność? - pyta obojętnie Aron, ale znam go na tyle, że wiem że powstrzymuje ciekawość. Anna rozgląda się upewniając się, że nikt nas nie słucha. Następnie lekko pochyla się w naszym kierunku, jednocześnie przykrywając część ust ręką.

 

- Od kilku miesięcy nie mogli dojść do porozumienia. Generał i minister się bali.. - przerywa gdy obok nasz przechodzi grupa.

 

- Mów szybko i konkretnie - karcę ją, bo jestem niesamowicie ciekawa i nie mam ochoty słuchać wszystkiego co nie jest istotne. Anna nie przejmuje się moim tonem, ale dodaje szybko.

 

- Spędzimy na powierzchni dłuższy czas.

 

Milkniemy podekscytowani, ale i nieufni słowom Anny. Ja jeszcze nic oficjalnego nie wiem. Anna ma brata zajmującego wysokie stanowisko w rządzie. Dlatego zna niektóre fakty. Prawda jest taka, że bardzo chcę zając się poważna pracą. Odkąd Podziemne Państwo Rosyjskie zerwało z nami kontakty, mój dział stracił zajęcie.

 

- Twój brat nie mówił nic więcej? - pyta cicho Simon, a Anna patrzy na niego krzywo.

 

- Mówiąc mi te strzępki informacji już złamał prawo. Czego ty jeszcze oczekujesz? - burczy, a Simon wzrusza ramionami i poświęca się swojej kolacji. Patrzymy z Aronem na siebie. W jego ciemnych oczach dostrzegam błysk. Chce się stad wyrwać. Tak samo jak ja.

 

       Po kolacji idziemy do swoich pokoi. Teraz mamy czas dla siebie. Żegnamy się z Aronem. Możliwe, że już się dzisiaj nie spotkamy. Nie odchodzę daleko, gdy słyszę jego wołanie.

 

- Sara!

 

Odwracam się i widzę, że macha mi konspiracyjnie dokumentem wepchniętym wcześniej do jego skrzynki. Dostrzegam czerwone paski i już wiem, że to wiadomość z samej góry. Przyspieszam kroku, aby jak najszybciej dotrzeć do swojego pokoju i już po chwili dostrzegam wystający dokument. Porywam go, zamykam się w pokoju i rozgorączkowana rozrywam kopertę zaadresowaną do mnie.

 

                                            "8.30 Sala Odpraw" 

 

Ta krótka informacja wystarcza, by moje serca niemal eksplodowało w mojej piersi. A więc jednak. Ta krótka informacja wystarcza, by moje serce niemal eksplodowało w mojej piersi. A więc jednak. Tyle czekałam, by ponownie zacząć poszukiwania. Anna miała rację. Zaczęło się. Ponownie się zaczęło.

 

        Prawda jest taka, że nie wierzę w znalezienie lekarstwa. Ale mój ojciec poświecił życie by poznać przyczynę. On miał nadzieję... może nie do samego końca, ale przez długi czas ją miał.

 

        Rzucam wezwanie i zaczynam robić pompki. Najpierw obowiązkowa setka, potem bieg w miejscu i znowu setka. Pełna euforii ponownie idę pod prysznic. Jest jedenasta, gdy wreszcie kładę się spać. Ale wiem, że nie zasnę. Zbyt bardzo jestem podekscytowana. Gdzie nas wyślą? Co mamy zbadać?  Na korytarzu jest zupełnie cicho. Po 23.00 nie wolno nam bez konkretnego powodu opuszczać pokoi. To dla bezpieczeństwa całego "państwa". Tylko strażnicy krzątają się między strefami, ale wiem, że i oni niedługo ucichną. Zasypiam późno pogrążona w myślach.

 

       We śnie widzę ojca. Stoi do mnie tyłem. Wołam go ale on mnie nie słyszy. Podchodzę do niego ale czuję dziwny niepokój. Jesteśmy w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Trochę przypomina to salę, w której prowadzone były te eksperymenty. Brakuje jednak sprzętu i naukowców monitorujących stan uśpionego. Wołam go ale on nadal się nie obraca. Jest w białym stroju, który zawsze nosił, gdy brał w tym udział. Obchodzę go i patrzę na niego. Ma zamknięte oczy.

 

- Tato?

 

       Otwiera oczy a ja słabnę. To nie mój ojciec. To twarz szaleńca. Zaczyna się śmiać histerycznie. Ten straszny śmiech odbija się w mojej czaszce, gdy zaczynam uciekać.

 

- Nie ma go! Nie ma go! Ale jesteśmy my! Jedni z wielu!- krzyczy za mną nieswoim głosem. 

 

Aż podskakuję na łóżku, gdy słyszę gong oznajmiający pobudkę. Siadam wyprostowana i jeszcze przez chwilę widzę wykrzywioną w histerii twarz ojca.

shaeone : :